„Pożegnanie wakacji na kole”

Sobota, 29 sierpnia 2026 r., zaczęła się od spoglądania w niebo. W nocy padało, rano nadal było pochmurno i do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy pogoda pozwoli nam ruszyć w trasę. Tymczasem o 10:30, dokładnie wtedy, gdy wszyscy zjawili się na zbiórce, zza chmur wyszło słońce. Przypadek? Nie sądzę. 😉

Gdy wszyscy byli już na miejscu, dopełniliśmy formalności, każdy otrzymał odblaskową opaskę i ruszyliśmy w trasę. Po drodze zaplanowaliśmy trzy postoje na odpoczynek i uzupełnienie płynów, a przy okazji krótkie opowieści o odwiedzanych miejscach, ich historii i ciekawostkach.

Pierwszy przystanek czekał na nas przy Pomniku Powstańców Śląskich. Jego trzy skrzydła symbolizują trzy powstania śląskie z lat 1919, 1920 i 1921.Pod płytą pomnika znajduje się 21 urn z ziemią z miejsc walk powstańców śląskich oraz pól bitewnych Wojska Polskiego. Konstrukcja pomnika waży około 60 ton, a jego uroczyste odsłonięcie odbyło się 1 września 1967 roku. Autorami byli rzeźbiarz Gustaw Zemła i architekt Wojciech Zabłocki. Mało osób wie, że pomnik był darem społeczeństwa Warszawy dla mieszkańców ówczesnego województwa katowickiego, wyrazem wdzięczności za ogromny wkład mieszkańców Śląska w odbudowę zniszczonej podczas II wojny światowej stolicy.

Spod pomnika ruszyliśmy dalej przez osiedle im. Walentego Roździeńskiego, gdzie znajduje się siedem charakterystycznych wieżowców nazywanych Gwiazdami. Kiedy powstawały w latach 70., należały do najwyższych budynków mieszkalnych w Katowicach. Mają około 80 metrów wysokości, a cały zespół zaprojektowano z myślą o około 6 tysiącach mieszkańców. Ich ośmioramienny kształt nie był wyłącznie pomysłem architektonicznym. Pozwalał ograniczyć straty ciepła i ułatwiał ogrzewanie mieszkań.

Mijaliśmy również Uniwersytet Śląski, który powstał w 1968 roku jako pierwszy uniwersytet w regionie. Uczelnia kształci blisko 24 tysiące studentów i doktorantów, w tym około 900 cudzoziemców, na 77 kierunkach studiów. Na dachu Wydziału Prawa  i Administracji znajduje się uniwersytecka pasieka. W 2017 roku ustawiono tam sześć uli, wykorzystywanych także do badań nad wpływem miejskiego środowiska i zanieczyszczeń na pszczoły oraz produkowany przez nie miód.

Przejeżdżaliśmy także obok Bulwarów Rawy. Rawa ma niespełna 20 kilometrów długości, z czego około 12 kilometrów przepływa przez Katowice. Jeszcze ponad sto lat temu żyły w niej ryby, jednak wraz z rozwojem przemysłu i miasta była coraz bardziej zanieczyszczana, aż zaczęła bardziej przypominać ściek niż rzekę. Dziś prowadzone są działania zmierzające do oczyszczenia jej wód i przywrócenia życia biologicznego. W centrum Katowic Rawa częściowo znika pod ziemią i przepływa między innymi pod Rynkiem.

Dalej jechaliśmy przez Dolinę Trzech Stawów, zajmującą około 65 hektarów i będącą częścią Katowickiego Parku Leśnego. Nazwa pochodzi od trzech największych zbiorników, choć stawów jest tutaj więcej. Powstały na terenach przekształconych przez działalność górniczą, w dolinie Potoku Leśnego, dopływu Rawy. Dziś Dolina służy przede wszystkim rekreacji. Są tu ścieżki rowerowe i rolkowe, przystań, plaża i kąpielisko.

Z Doliny Trzech Stawów ruszyliśmy w kierunku Nikiszowca. Po drodze przejechaliśmy wzdłuż Alei Polskiego Dziedzictwa Śląska, utworzonej w 2022 roku dla uczczenia setnej rocznicy powrotu części Górnego Śląska do Polski. Aleję tworzy 100 dębów, a każdemu przypisano patrona związanego z historią Śląska. Wśród nich znaleźli się między innymi Wojciech Korfanty, Adam Kocur, Emil Szramek, Henryk Sławik i Stanisław Ligoń.

Tymczasem jechaliśmy dalej, bo przed nami był już Nikiszowiec i zaplanowana tam dłuższa przerwa. I w końcu przyszła pora na to, na co szczególnie czekały dzieci, choć nie oszukujmy się, dorośli chyba też. Dwie duże gałki przepysznych lodów. Nie znalazł się chyba nikt, kto nie dał się skusić. W czasie gdy jedni odpoczywali, inni wybrali się na spacer po Nikiszowcu. Nikiszowiec powstał na początku XX wieku jako osiedle dla pracowników kopalni „Giesche”. Zaprojektowali go Emil i Georg Zillmannowie, a nazwa pochodzi od szybu Nickisch. Główna część osiedla powstała w latach 1908–1915, a pod koniec drugiej dekady XX wieku mieszkało tu już około 7 tysięcy osób. Osiedle zaprojektowano jako małe, samowystarczalne miasteczko. Tworzy je dziewięć dużych kwartałów zabudowy z charakterystycznymi wewnętrznymi podwórzami, połączonymi przejściami i bramami. Podwórza były ważną częścią codziennego życia mieszkańców. Spotykali się tam sąsiedzi, bawiły dzieci, znajdowały się komórki, chlewiki i wspólne piece do pieczenia chleba. Nikiszowiec miał zapewniać znacznie więcej niż tylko mieszkania. Powstały tu szkoły, przedszkole, sklepy, gospoda, poczta, szpital, łaźnia oraz pralnia z maglem. Jak na początek XX wieku nowoczesne były również same mieszkania, z dostępem do bieżącej wody, kanalizacji i elektryczności. Sercem Nikiszowca był Plac Wyzwolenia z kościołem św. Anny. To właśnie wokół placu i kościoła skupiało się życie mieszkańców. Tutaj spotykano się po pracy i w niedziele, robiono zakupy i załatwiano codzienne sprawy. Sam kościół, podobnie jak całe osiedle, zaprojektowali Emil i Georg Zillmannowie. Budowę rozpoczęto w 1914 roku, jednak wybuch I wojny światowej przerwał prace i świątynię ukończono dopiero w 1927 roku. Mogła pomieścić około 4 tysięcy osób, a jednym z najcenniejszych elementów jej wyposażenia są organy z 5350 piszczałkami. Przy Placu Wyzwolenia znajduje się także charakterystyczna mozaika z czerwonymi różami na budynku dawnej gospody, w którym później mieściła się poczta. Powstała w 1912 roku i choć może wyglądać jak ceramiczna, wykonano ją z drobnych elementów szklanych. Motyw czerwonych róż stał się jednym z symboli Nikiszowca.
W 2011 roku osiedle zostało uznane za Pomnik Historii.

Po porcji cukru ruszyliśmy pełną parą w dalszą drogę. Dwie gałki lodów najwyraźniej okazały się całkiem niezłym paliwem, bo energii do dalszej jazdy nikomu nie brakowało. Trzecim i ostatnim postojem na naszej trasie był Giszowiec. I tutaj warto cofnąć się na chwilę w czasie, bo choć odwiedziliśmy go po Nikiszowcu, to właśnie Giszowiec powstał jako pierwszy. Osiedle wybudowano w latach 1907–1910 według projektu Emila i Georga Zillmannów dla pracowników kopalni „Giesche”. Giszowiec zaprojektowano zgodnie z ideą miasta ogrodu. Zamiast zwartej zabudowy powstały niewielkie, przeważnie dwu-, trzy- i czterorodzinne domy ze spadzistymi dachami, otoczone zielenią i ogródkami. Nawiązywały wyglądem do tradycyjnych górnośląskich chałup, a różne typy budynków sprawiały, że osiedle nie było monotonne. Domki z ogródkami na Giszowcu zajmowały dużo miejsca, a zapotrzebowanie na mieszkania dla kolejnych pracowników kopalni rosło. Dlatego przy projektowaniu Nikiszowca Zillmannowie zastosowali zwarte, wielorodzinne kwartały z wewnętrznymi podwórzami, które pozwalały pomieścić więcej rodzin na mniejszej powierzchni. Dużej części dawnego Giszowca nie zobaczymy już dzisiaj. Pod koniec lat 60. rozpoczęto wyburzanie starej zabudowy pod wielokondygnacyjne bloki, między innymi dla pracowników kopalni „Staszic”. Wyburzono około dwóch trzecich pierwotnego założenia, dlatego do dziś zachowała się tylko część dawnych domków.

Jednak największym skarbem Giszowca są drzewa, znacznie starsze od samego osiedla. Powstało ono na terenie leśnym, a podczas budowy pozostawiono część istniejącego drzewostanu. W Parku Giszowieckim do dziś rosną buki liczące 150–200 lat, a najstarsze mogą mieć nawet około 250 lat. Część najcenniejszych okazów objęto ochroną jako pomniki przyrody. Sercem dawnego Giszowca był Plac Pod Lipami, wokół którego skupiało się życie mieszkańców. Znajdowały się tutaj szkoły, sklepy, poczta, gospoda i inne obiekty potrzebne w codziennym życiu. Osobna historia wiąże się z giszowiecką pralnią i łaźnią. Do domów robotniczych nie doprowadzono bieżącej wody, a aby chronić mieszkania przed wilgocią i szybkim niszczeniem, zabroniono w nich prania i suszenia bielizny. Dlatego wybudowano wspólną pralnię z 32 stanowiskami, urządzeniami do odwirowywania i suszenia bielizny oraz elektrycznym maglem. Pomyślano nawet o matkach z dziećmi, przygotowując poczekalnię, w której dzieci mogły przebywać pod opieką podczas prania.

W tym samym budynku działała łaźnia przeznaczona przede wszystkim dla kobiet i dzieci, ponieważ pracujący mężczyźni korzystali z kąpieli na terenie kopalni. Dziś w dawnej części łaźni działa restauracja Fest Jodło, a w pomieszczeniach dawnej pralni mieści się hala sportowa.

Z Giszowca ruszyliśmy już w drogę powrotną. Trasa, choć dość długa, nie była trudna. Większość prowadziła ścieżkami rowerowymi, a całość zaplanowano tak, aby była dostosowana również do możliwości dzieci. Spokojne tempo i postoje po drodze sprawiły, że najmłodsi bez problemu pokonali ją razem z dorosłymi. Po powrocie do Tramontany zakończyliśmy rowerową część naszego spotkania. Na mecie każdy uczestnik otrzymał pamiątkowy medal oraz kupon na poczęstunek. Zmęczeni specjalnie nie byliśmy, za to po prawie 24 kilometrach głodni już bardzo.  Na stołach czekały kiełbaski, krupniok, sałatka ziemniaczana
z boczkiem i napoje. Do stołu nikogo nie trzeba było specjalnie zapraszać.

Kiedy wszyscy nabrali sił, przyszła pora na trzy konkurencje: rzut oponą, slalom rowerowy oraz wolną jazdę. Zabawy i śmiechu było sporo, nie zabrakło też zdrowej rywalizacji. Szczególnie wolna jazda pokazała, że na rowerze nie zawsze wygrywa ten, kto jedzie najszybciej. Tutaj należało pokonać wyznaczony odcinek jak najwolniej i, jak się okazało, wolno wcale nie znaczy łatwo. W każdej konkurencji wyłoniliśmy zwycięzców, na których czekały nagrody, ale przegranych nie było. Każdy, kto zdecydował się spróbować swoich sił, otrzymał gadżet lub coś słodkiego. Na koniec zostały dwa quizy, jeden dla dzieci, drugi dla dorosłych. Dzieci sprawdzały swoją wiedzę o bezpiecznej jeździe
 i zasadach ruchu drogowego, a dorośli zmierzyli się z trudniejszymi pytaniami dotyczącymi przepisów związanych z jazdą na rowerze. Wiedza dorosłych była tak wyrównana, że jedna dogrywka nie wystarczyła. Potrzebna była jeszcze druga, aby wyłonić zwycięzcę. Zwycięzca quizu dla dzieci otrzymał voucher o wartości 50 zł, a zwycięzca quizu dla dorosłych voucher
o wartości 100 zł do wykorzystania w Tramontanie.

I tak powoli zbliżaliśmy się do końca naszego rowerowego dnia. Zabawy było dużo, emocji jeszcze więcej, a ostatni uczestnicy opuścili Tramontanę dopiero około godziny 19:00.
Czy było warto? My już znamy odpowiedź. 😊 A tym, którzy tym razem się nie zdecydowali, możemy powiedzieć tylko jedno:

ŻAŁUJCIE! 🙂

Katarzyna Dors

Sekretarz Rady Osiedla Słoneczna